Wspomnienia

Tadeusz Karyłowski. Krążnik

W Zakładzie oo. Jezuitów w Chyrowie uczniowie mieli wiele interesujących rozrywek, ale chyba najbardziej szczegółowy i barwny jest opis krążnika, któremu poeta chyrowski Tadeusz Karyłowski poświęcił cały poemat.

KRĄŻNIK

Jeszcze schodzące ku mnie na marzenia smudze,
Młodociane przeszłości mej echa obudzę;
Wstają — ciche, pól senne za mgłami srebrnemi,
A przecież takie żywe! Dziwny urok tchnie mi
Z każdej gwiazdki, co krótko gorejąc, zagasła…!
Dawne, dawne to chwile, zapomniane hasła –
Czemuż żywiej w mej piersi uderza krwi tętno,
Gdy myślę o nich? — Ubiegły pogonią namiętną
Za piękna ideałem. A dzisiaj, gdy w bladem
Odbiciu gonię, dawno przebytych dróg śladem,
Obrazy szczęścia, czasu przyprószone pyłem,
To zda mi się, że lepszym, jaśniejszym w nich byłem
I lepsi ci młodziutcy, żwawi przyjaciele,
Z którymim dzielił społem troskę i wesele!
Dziś oni zdała w świcie — wysocy, szczęśliwi,
A umie piosnka została — i któż się zadziwi,
Źe u stóp jej, jak w cieniu zacisznej oazy,
Spoczywać lubię, dawne ścigając obrazy…

Boisko klasy trzeciej jak najprostsze w świecie,
Nie zdobią go szpalery cieniste, ni kwiecie,
Ani sztucznym sposobem strzyżone trawniki;
W pośrodku piach, lub trawa, po bokach chwast dziki
I kępa drzew, co drobne ławeczki ocienia;
Słowem nic tu wieszczego nie budzi natchnienia,
A przecież, miejsce mile! Przez piasek ten szary
Snują się dawnych wspomnień zabłąkane mary,
Dawne widma: Ten ciemny płot z chwastem zeschniętym
Widywał mnie tak żwawym, rzeźkim, uśmiechniętym,
Swobodnym w bohaterów rycerskich mych gronie
Ileż zdarzeń to ciche pamięta ustronie!
Tutaj Miecio z prywatną przybiegał lekturą
Tu „Pulpul“ w cieniu się chował przed burą,
Tutaj Adaś Łubkowski, z nadzieją błyszczącą
W żywych oczach, o swoje pytał „celująco“,
Tu Mazur troski swoje wynurzał żałośnie…!
Lecz cóż to? Wstęp stanowczo za długi mi rośnie!

Bojąc się mą przedmową znudzić czytelnika,
Wracam do treści samej— do pląsów krążnika.
Kto wynalazł rozrywkę tę, pewnie w Chyrowie
Nikt nic wie; — jedno pewna, że rozum miał w głowie
Ów badacz: Wyzyskanie odśrodkowej siły
Na słupie pękiem drabin — sprawia efekt miły
Lotnej jazdy — bez pary, kół, tłoków i skrzydeł.
Maszyna prosta, mało też jazdy prawideł:
Prawą ręką sznur chwytasz, w szczebel wstawiasz nogę,
Odbijasz się — i pędem w napowietrzną drogę
Sam rozmach naprężonej drabinki cię niesie…
Prawda, że w onej jazdy nadziemnej okresie
Zdarzają się co chwila niemile wypadki,
A nawet twierdzą: talent potrzeba mieć rzadki,
By umknąć jako tako z groźniejszej przygody,
Lecz od czegoż fantazya, od czego wiek młody!
Na wszystko duch studenta rycerski się waży,
A mówią, nawet: z guzem jest chłopcu do twarzy

Szkoda, że nie mam pędzla śmiałego artysty!
Oddałbym cały nastrój dziwnie uroczysty,
Jaki w lotnych obrotów bije zawierusze —
A tak słowem niewprawnem posłużyć się muszę..
Kiedy blasków potrzeba, barw świateł i zorzy….
Patrzcie! Oto manewrów ochotnicy skorzy
Porwali długie liny, naprężą je skosem
I w kółku jeszcze radzą coś wzniesionym głosem;
Jeszcze jeden drugiemu tłumaczy swe prawa
Pierwszeństwa, z czego wielka się podnosi wrzawa
I zamęt, bo niech jedną ktoś linkę zatrzyma,
Już krążnik staje, jazdy i zabawy niema!
Nakoniec uczestników dobór się ustala,
Droga „paktów” tłum chłopców usuwa się zdala,
By nie paść pod obrotów ryzykownych siecią.
Przy sznurach został Szultis Staś, Chwalibóg Miecio,
Robel, Władek Kotarski, Berg i „Snycel“ żwawy.
Zapaśnicy zakaszą mundurków rękawy,
Rozepną kołnierzyki dla ruchów swobody,
Poczem na dane hasło ruszają w zawody.

Raz — dwa — trzy zgrzytną rdzawe cylindry u osi
I śmiałków pęt łagodny w powietrze podnosi,
Kroki ich coraz lżejsze stają się i rzadsze,
Już ledwo kiedy ziemię potrącą; — na wiatrze
Szeleszczą niby skrzydła mundurków ich poły,
Rumiano twarze uśmiech okrasił wesoły,
Kędziory czupryn wichrem pęd rozwiał nad skronią,
Czoła ich, napowietrzną porwane pogonią,
Schyliły się, poziomo czas płyną niejaki,
Jak niedbale na skrzydłach wożące się ptaki,
Poczem zniżą lot, raptem odbiją od ziemi
Silnem rzutem i w górę, kręgami śmialemi
Wzlatują ponad rzesze kolegów, nad płoty,
W przestwór, zorzą poranną świetlany i złoty.
Ale Miecio zbyt wielkie do figlów miał chętki;
Wesół, zwinny, oburącz trzymając sznur giętki,
W żywiole czul się swoim; – wnet wziąwszy pęd „z czoła”,
Prześcignął Kotarskiego, Berga i dokoła
Wszystkie powietrzną jazdą znużone awiaty;
Zatoczył krąg potężny, jak sokół skrzydlaty,
Poczem runął wskok nagle, jak gdyby grom z chmury.
Krzyk trwogi dał się słyszeć, splątały się sznury,
Porwani w pęd okrężny gonitwą szaloną,
Chłopcy zlali się razem w jedno zbite grono,
Tracąc ster, — nikt na szczęście nie puścił drabinki…
Rój toczy się przy słupie; poplątane linki
Z pomocą wspólną przeszły do ładu bez szkody,
Na krążnik nowi chłopcy skoczyli w zawody.

Miecio usiadł na ławce, pod gęstych drzew cieniem,
Twarz jego, zrumieniona pościgu zmęczeniem,
Wyrażała niezłomność rycerskiego ducha.
Jak żołnierz, kiedy w armat odgłosy się wsłucha,
Na pierwsze hasło gotów powrócić w wir bitwy,
Badawczym wzrokiem śledził wznowione gonitwy,
Prawdziwy wykwit sztuki lotnego prawidła.
Jak orzeł, gdy nad halą rozpostrze swe skrzydła,
Nieruchomo i z wichrem nad wirchy Tatr płynie,
Podobnie teraz; — ręką sznur dzierżąc jedynie,
Zwinny Adaś Łubkowski, powietrznej mistrz sztuki,
Okrąża plac boiska potężnymi łuki,
Jak gdyby jednem świecąc promiennem wskroś kołem.
Za nim malcy, w takt ziemię uderzając społem,
Wiją się jak szczupaki na fali; to lecą
W górę z twarzą płomienną, skłonioną w tył nieco,
To znowu z nagła koleni staczając się nizkiem,
W miarowych skrętach cicho płyną nad boiskiem,
Niby te, na orkanie wietrznej zawieruchy
Pędzące gdzieś w dal senne, nieuchwytne duchy,
Jakiej twórczej fantazyi gromadą się ścielą
Nad bagnem, albo jezior „zaklętych” topielą…!

Ale „Pulpul” wnet zmieszał lok składnych obrotów.
Zuch ten, zawsze do figla przed innymi gotów,
Przytem stałych fizyki praw wierny obrońca,
Postanowił ruch oddać ziemi — koło słońca.
— Co z wykładu miał właśnie w najświeższej pamięci. —
Zaczem razem z drabinką w powietrzu się kręci
Wirem, właśnie na sposób krążącej planety…
Zrazu wszystko szło pięknie jak z płatka. Niestety!
Prędzej, niżeli prymus przypadki odmienia,
Nastąpiły po sobie trzy silne zderzenia,
Trzem awiatom porządnie dostało się w plecy,
I sam „Pulpul” bez szwanku nie wyszedł z tej hecy
Zwalony o ziem siły okrężnej rozmachem…!
„Czekajcież — krzyknął Miecio, to wszystko jest błahem,
Pokażę wam, jak jastrząb przepiórki dogania!”
To mówiąc, skoczył, schwycił sznurowe wiązania,
Co drżały jeszcze ręką skręcone „Pulpula”
I wzbił się na powietrze, jak świetlana kula,
Sterując razem ciała przegubem i nogą.
Chłopcy sprostać mu w locie potężnym nie mogą;
Uchodzą, mniejsze kreśląc tuż przy ziemi koła,
A bohater nasz z góry z chyżością sokoła
Pędząc, uczniom trzem w locie czapeczki porywa.
Śmiech i wrzawa od dołu podnosi się żywa;

On tymczasem łup dziwny, wtykając za sznurki:
„Patrzajcie — wola — jastrząb ułowił przepiórki!’*
Nie tutaj koniec śmiałej, napowietrzuej psoty;
Łatwiej brać łup, niż zwrócić zdobyte przedmioty,
I na tę sztuczkę koncept psotnika się sili:
W lotnym pędzie, stosownej dopatrzywszy chwili,
Ukośnym, nagłym zwrotem lot zniża wirowy
I nieszczęsne trzy, czapek pozbawione głowy,
Na nowo przepisanem nakryciem obdarza…
Huczne brawa witają ten dowcip figlarza,
A Miecio kontent z siebie, swobodną już dłonią
Uchwycił się drabinki, kolanem wsparł o nią
I kreśląc łuki coraz sprężystsze i letsze,
Jak strzała z sznurem w okrąg przecinał powietrze,
Gwałtownie naprężając sznur pędem obwodu,
Aż słup wielki zatrzeszczał i zadrżał od spodu!

Długoby zuch nasz pewnie śmiale kreślił koła,
Gdyby nie dzwonek z gmachu. Nieszczęsna ta szkoła!
Najlepszo ona plany w pól toku przecina!
Chłopcy rzucą się w bramy. Niejedna tam mina
Traci rezon w przeczuciu gorącej rozprawy…
Ogromne zbite kłęby wzniesionej kurzawy
Przesłoniły plac zabaw. Jak rzeka z boiska,
Tłum uczniów alejami w gościniec się wciska,
Tonie w zewsząd biegnących klas innych natłoku.
Plac zabaw opustoszał. W rzednącym obłoku
Gdzieniegdzie z darni chustka zgubiona zabieli,
Gdzieniegdzie notes, czapka zdeptana się ścieli,
Jak szczątek zgliszcz po bitwie morderczej. Nad płotem
W szpalerze gęstych wiązów słońce światłem złotem
Przez arżące liście w zakąt boiska patrzało…
Opodal z za drzew konwikt budową wspaniałą
Świecił w blasku; czerwony dach jego od góry
Łagodną wstęgą nieba objęły lazury,
A wyżej jasna wstęga zórz złotych się kładła
Na srebrne zręby chmurek. Z niebiosów zwierciadła,
Z łąk i gajów, co legły w pokoju zadumy,
Wiatr przynosił zmieszano szelesty i szumy,
Dyszące świeżą jakąś pogodą i wiosną,
Jakgdyby pieśń wakacyi już grały radosną…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *