Wspomnienia

Stanisław Klimpel. Konie

Tak się dobrze złożyło, że księgowy z poczty obwodowej w Chyrowie, a więc najbliżej nas położonej, bo w odległości tylko 6 km, kolega Rothstein, poznany przeze mnie na kursie w Drohobyczu, z którym pozostawałem w stałym zawodowym kontakcie, zadzwonił do mnie, że w Chyrowie jednostka wojskowa, stacjonująca w dawnym Zakładzie Naukowo Wychowawczym OO. Jezuitów, sprzedaje konie. Umówiłem się więc z Rothsteinem, że rano przyjadę do niego pociągiem i pójdziemy kupować. 

Wziąłem z kasy pieniądze do rozliczenia i rannym pociągiem Przemyśl-Sambor pojechałem do Chyrowa. Miasteczko to, znane mi od lat, nie zmieniło wyglądu, poza tym, że widać było wszędzie wielu radzieckich wojskowych. Poszedłem na pocztę i z Rothsteinem wybraliśmy się do zakładu. Przeszliśmy przez most na rzece Strwiąż i skierowaliśmy się na dawny folwark, obecnie przedmieście Bąkowice. Rothstein dziwił się, że znam drogę do Zakładu, wyjaśniłem mu więc, że w latach 1924-1927 byłem uczniem tego Zakładu, konwiktorem, jak to się mówiło. 

Przed wejściem na teren jednostki zostaliśmy wylegitymowani, następnie w stajni pokazano nam konie. Wybraliśmy dwa z nich, które wydawały się najlepsze (jednookie wśród ślepych), otrzymaliśmy notatkę dla „kaznaczeja” (skarbnika) jednostki i zostaliśmy skierowani do jego biura. Wydawało mi się, że konie wybrane są niezłe, choć oczywiście daleko im było do tych, jakie mieliśmy ongiś w Krościenku, gdy ojciec prowadził gospodarstwo rolne na wydzierżawionych od księdza greckokatolickiego Kolodija 23 morgach pola.

Biuro „kaznaczeja” mieściło się w części zachodniej zakładu, tam, gdzie za czasów mego pobytu w zakładzie mieszkali nasi wychowawcy i nauczyciele: ojcowie Jezuici. Gdy weszliśmy do bramy, wartujący w niej żołnierz poprowadził nas korytarzem i otworzył drzwi do pomieszczenia po prawej stronie korytarza. Gdy znalazłem się w tym pomieszczeniu, zdumiałem się. Była to dawna kaplica przeznaczona dla mieszkańców tej części zakładu, tzn. zakonników. 

Była to mała kaplica, do której w zasadzie nie uczęszczaliśmy, ponieważ kaplica konwiktowa znajdowała się w części południowej zakładu i mieściła do tysiąca osób. W tej zakonnej kaplicy byłem tylko raz w okresie rekolekcji wielkopostnych, które dla nas z klas najmłodszych prowadził w roku 1926 ojciec Krokoszyński. Pamiętam ją bardzo dobrze. Jej obecny widok był zupełnie odmienny od poprzedniego. W pomieszczeniu nie było ołtarza, obrazów ani ławek. Przy ścianie bocznej stal duży sejf metalowy, a na ścianie szczytowej na miejscu ołtarza wymalowano herb ZSRR: sierp i młot. Przed nim stało biurko skarbnika, fotel, a obok kilka krzeseł. Gospodarz poprosił nas, byśmy usiedli, przeczytał notatkę lejtnanta szefa stajni, odszukał w ewidencji, o jakie konie chodziło, wypisał kwit i przyjął pieniądze. 

Przez cały ten czas wpatrywałem się w ten symbol ludzkiej pracy rolnika i robotnika, który zastąpił tu elementy kultu religijnego, przed którymi setki i tysiące ludzi przez lata całe przeżywały głębokie wrażenia religijne. Przypomniała mi się rewolucja francuska, to, co podczas niej działo się w kościołach, profanowanych przez fanatyków rewolucji. Nil novi sub sole. Wyszliśmy z Rothsteinem z zakładu. Zauważył widocznie jakąś zmianę we mnie, gdyż zapytał:
— Co ci się stało, czy nie czujesz się dobrze?
Spojrzałem na niego i spokojnie zapytałem:
— Czy chodziłeś kiedyś do bóżnicy?
— Oczywiście — odpowiedział — od dziecka chodziłem i nadal chodzę, uważam się za wierzącego, choć naturalnie — jak widzisz — należę do Żydów postępowych.
— Tak więc chyba zrozumiesz mnie, jeśli ci powiem, jakie to było miejsce, w którym zapłaciliśmy za konie. I opowiedziałem mu, jak ta kaplica wyglądała dawniej, co się w niej odbywało.

Bolszewicy zdewastowali ten wspaniały zakład naukowo-wychowawczy, jego doskonałe zaplecze w postaci gabinetów muzealnych z eksponatami z całego świata, dostarczanymi przez misjonarzy jezuickich. Świetne wyposażenie gabinetu fizycznego i przyrodniczego, sal naukowych, klas szkolnych, kaplicy zakładowej uległo zniszczeniu, a w najlepszym razie rozkradzeniu i rozproszeniu.

Fragment z książki Stanisława Klimpla “W dolinie Wyrwy”

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *